| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Add to Technorati Favorites .
poniedziałek, 07 listopada 2011
Wolna niedziela powinna być prawem człowieka

Wczorajszą niedzielę można było spędzić na wiele sposobów. Piękna pogoda, ciepło (jak na listopad), rodzinna atmosfera. Cóż chcieć więcej? Do południa Msza Święta, po południu do wyboru, do koloru. Może być ohydne lenistwo przed telewizorem lub aktywny wypoczynek na łonie przyrody. Co kto lubi. Niestety nie wszyscy mogą sobie pozwolić na miłe, spędzone w gronie najbliższych chwile. Wczoraj na twitterze napisałem:

Link kończący powyższy wpis prowadzi do serwisu „Wiara”, w którym mowa o wspólnym liście do wiernych, który razem mają wystosować kościoły zrzeszone w Polskiej Radzie Ekumenicznej. Odezwa ma przypominać, że niedziela jest dniem świątecznym, przeznaczonym na eucharystię, wypoczynek, rodzinne spotkania. Tych przyjemności pozbawione są osoby, które w niedzielę harują, choć nie muszą. I tylko dziwie się, że w tej sprawie wspólnego listu do tej pory nie napisano. Jego redakcja nie może sprawić żadnych doktrynalnych problemów, bo w tej sprawie wszystkie kościoły mówią jednym głosem.

Jedynym argumentem przeciwników wolnych niedziel są względy ekonomiczne. Czyli żadne. Bezcenne są przecież te chwile, które spędzić możemy razem, z najbliższymi. Domyślam się, że gdy list zostanie w kościołach ogłoszony, to pojawią się głosy tak zwanych obrońców świeckiego państwa. Zapewne pojawią się też argumenty przekonujące o tym, że przecież wolne się należy, ale przecież nie musi być to niedziela.

Otóż, by wszyscy członkowie rodziny mogli wspólnie świętować, a gdy są niewierzący – cieszyć się sobą, muszą mieć wolne w jednym czasie. I tu siódmy dzień tygodnia wydaje się dniem najbardziej oczywistym. Nie interesuje mnie, jak niedziela będzie w poszczególnych familiach obchodzona. „Kowalscy” wybiorą się do kościoła, a „Nowakowie” będą w łóżkach wylegiwać się do obiadu, oglądając „Dzień Dobry TVN”. To już jest prywatna sprawa rodziny. Grunt, by jej członkowie mogli nacieszyć się swoją obecnością. Wręcz takie rozwiązanie powinno zostać wpisane do katalogu praw człowieka.

niedziela, 06 listopada 2011
Ambiwalentnie o księdzu Bonieckim

Choć spóźniony, to jednak odniosę się do zakazu wypowiedzi dla księdza Adama Bonieckiego. Przypominam (w dzisiejszej rzeczywistości medialnej było to dawno, dawno temu) zgromadzenie księży marianów zakazało medialnej aktywności byłemu redaktorowi „Tygodnika Powszechnego” po tym, jak kilkakrotnie zabrał głos w publicznej debacie na temat Nergala i obecności krzyża w Sejmie.

Otóż uważam, że marianie nie powinni takich zakazów nakładać, a ksiądz Adam Boniecki nie powinien takich rzeczy mówić.

Ksiądz Boniecki występując w koloratce, jako duchowny, powinien jasno - „tak, tak; nie, nie”- powiedzieć, że ludzie przeciwni naszej wierze postępują co najmniej niewłaściwie.  

O tym, że postawa księdza Adama Bonieckiego był nieodpowiednia świadczy zachowanie ludzi, którzy stanęli w jego obronie tylko dlatego, że są przeciwni krzyżowi w parlamencie, obecności kościoła w życiu publicznym, a każda „wpadka” instytucji kościelnych jest z lubością przez nich wykorzystywana.

Niestety ową „wpadkę” zaliczyło zgromadzenie księży marianów, które księdza Bonieckiego zakneblowało, wydając lakoniczny komunikat, w którym nawet słowem decyzji tej nie wytłumaczono:

"W związku z przekazywanymi w mediach różnymi informacjami na temat ks. Adama Bonieckiego MIC oświadczam, że decyzją Przełożonego Prowincji Polskiej Zgromadzenia Księży Marianów, ks. Adam Boniecki MIC został zobowiązany do ograniczenia swoich wystąpień medialnych do Tygodnika Powszechnego. Żadne inne ograniczenia w jego dotychczasowej działalności nie zostały na niego nałożone."

To jest cały komunikat. Jeśli już koniecznie prowincja marianów chciała w tej kwestii się wypowiedzieć, mogła się od słów księdza Adama po prostu zdystansować.  Kneblowanie zawsze rodziło u mnie negatywne odczucia i zawsze nakazywało stawać w obronie karanych. Tak było, gdy podobne, a nawet sroższe reprymendy nakładano na księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

W całej sytuacji znalazłem też pozytywny aspekt. Do tej pory zakazy, nagany i inne środki dyscyplinujące nakładano na księży usytuowanych bardziej na prawo. Zapewne kara dla księdza wywodzącego się z środowiska postępowego musiała być dla tej części kościoła szokiem. Zresztą pokazują tu medialne reakcje. Być może ta nieszczęśliwa lekcja pozwoli liberalnemu skrzydłu poczuć czym są takie „zakazy” i jak bardzo krzywdzą. Sęk w tym, że krzywdzeni konserwatyści nadal pozostają kościołowi wierni. Tym liberalnym wówczas trudniej w kościele pozostać. 

piątek, 28 października 2011
Sejmowy krzyż jest z Jasnej Góry

Ruch poparcia pewnego jegomości złożył wczoraj do Marszałka Sejmu pismo w którym, zwrócili się „o wydanie zarządzenia nakazującego usunięcie krzyża łacińskiego, znajdującego się w sali posiedzeń Sejmu RP, który został tam umieszczony sprzecznie z prawem w nocy z 19 na 20 października 1997 r. przez ówczesnych posłów na Sejm RP III Kadencji, pp. Tomasza Wójcika i Piotra Krutula.”

Wczoraj dowiedziałem się, że ów „łaciński krzyż” wykonali ojcowie paulini z Jasnej Góry. Krucyfiks zrobiony jest z hebanowego drewna, które pochodzi z ołtarza w kaplicy cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Zawieszona na krzyżu figurka Chrystusa pochodzi z dziewiętnastowiecznej pasyjki, której pochodzenia nigdy nie ustalono.

Co prawda, proweniencja sejmowego krzyża nic nowego do dyskusji o jego dalszych losach na sejmowej ścianie nie wnosi, ale dobrze czasem wiedzieć o substancji z której ten konkretny symbol katolicyzmu i całego chrześcijaństwa został wykonany.

W piśmie złożonym do Marszałka posłowie elekci przekonują, że to pogwałcenie praw, świeckości państwa, że „separacja przyjazna”, i tak dalej (stara, wiele razy maglowana śpiewka). W całym tym piśmie najbardziej zastanowił mnie fakt , że chyba z dziesięć razy zamiast „krzyż” napisano: „krzyż łaciński”. Jasne więc jest to, że chodzi tu o rzymski katolicyzm, którym światłe towarzystwo się brzydzi. Gdyby dziś w nocy ktoś  wlazł na sejmową sale i „łaciński” podmienił na „prawosławny” problemu by niebyło?

czwartek, 27 października 2011
Wiara z przemocą nie ma nic wspólnego

Po dwudziestu pięciu latach w Asyżu spotykają się przedstawiciele religii nie tylko chrześcijańskich. Zorganizowane po raz pierwszy przez Jana Pawła II międzywyznaniowe spotkanie spowodowało ćwierć wieku temu niemałe poruszenie wewnątrz kościoła katolickiego. Dziś burzą się jedynie środowiska katolickie, którym raczej obce są posoborowe zmiany, a kręgi kościołowi obce wolą zasłonić oczy i zatkać uszy, bo „Asyż” wytrąca im oręż do walki.  

Pierwsze, międzyreligijne spotkanie w Asyżu zwołane zostało zaledwie dwadzieścia jeden lat po zakończeniu Vaticanum Secundum, który w dość zasadniczy sposób zmienił spojrzenie Kościoła katolickiego na inne religie. Dwie dekady po zakończeniu obrad nie wszyscy, mam tu szczególnie na myśli hierarchów i teologów, zdążyli przetrawić  soborowe dokumenty – tym bardziej, że wielu czytało je przecież z ogromną pieczołowitością.

Dziś Benedykt XVI bez żadnych oporów, jako papież uczestniczy w spotkaniu bezpośrednio nawiązującym do 27 października 1986 roku. W spotkaniu, którego głównym przesłaniem jest modlitwa o pokój, uczestniczą przedstawiciele wszystkich wyznań chrześcijańskich, muzułmanie, buddyści. Zaproszone są  delegacje sikhów, zaratusztrianizmu, dżinizmu, wyznawcy bahaizmu, konfucjanizmu i taoizmu. Tegoroczny modlitewny „szczyt” różni się od poprzedniego tym, że uczestniczą w nim także osoby niewierzące.

Główną intencją modlitw, ale i głównym przesłaniem spotkania w Asyżu jest zaprzestanie wykorzystywania religii do wzniecania zamętu, wojen, terroryzmu, przemocy. Znamienne są słowa papieża Benedykta XVI, który powiedział, że „Jako chrześcijanin chciałbym powiedzieć w tym miejscu: tak, w historii również w imię wiary chrześcijańskiej uciekano się do przemocy. Uznajemy to z wielkim wstydem”

To bez wątpienia historyczne zdanie, choć przecież nie pierwszy raz w kościele wypowiedziane. Jako chrześcijanie, jako katolicy mamy grzechy na sumieniu i o nich nie zapominamy. W dzisiejszych czasach musimy często o tym przypominać, bo środowiska przeciwne kościołowi katolickiemu oraz religii jako takiej, z lubością wykorzystują nasze upadki. Wolą przy tym zapominać, że upaść, ale podnieść się z grzechu, żałować i zadośćuczynić jest rzeczą najpiękniejszą, na jaką pozwala nam Boże Miłosierdzie. Wstydzić musimy się wszystkich grzechów, ale pamiętajmy, że kompromitują nas jedynie złe czyny, z których nigdy przed Bogiem się nie rozliczyliśmy.

Śmieszne są argumenty osób uznających się za naszych przeciwników, którzy z agresją i napastliwością sięgają do historycznych danych, by nimi – nie zawsze celnie – uzasadniać tezy o szkodliwej, bo rodzącej przemoc, agresję, nienawiść (!) działalności kościoła. I dla nich, dziś, papież przygotował kontrargumenty – „Jako osoby religijne musi nas dogłębnie niepokoić, że tu religia faktycznie motywuje przemoc. W sposób bardziej finezyjny, ale wciąż brutalny religia jawi się jako przyczyna przemocy również tam, gdzie dokonują jej obrońcy jakiejś religii przeciw innym. Przedstawiciele religii, którzy przybyli w 1986 roku do Asyżu zamierzali powiedzieć - a my z mocą i wielką stanowczością to powtarzamy - że to nie jest prawdziwa natura religii. Jest to natomiast jej wypaczenie i przyczynia się do jej destrukcji”.

Najmniej przyjemny jest fakt, że o ile przeciwnicy KK tego wspaniałego spotkania nie dostrzegają, to najbliżsi nam w wierze lefebryści uznają je za złe i szkodliwe. - „Niech Pan zdejmie zasłonę z serc ludzi Kościoła, aby uznali, że jedyny możliwy pokój między ludźmi, to pokój Chrystusowy, w Królestwie Chrystusa” - stwierdza komunikat włoskiego dystryktu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Dodatkowo, w ramach zadośćuczynienia, dziś włoscy lefebryści poszczą. Cóż, modlitwy, postu nigdy za wiele. Warto jednak przypomnieć przeciwnikom soborowych zmian, że w Asyżu nie mamy do czynienia z synkretycznym przenikaniem się różnych wyznań. Asyż stał się natomiast miejscem, w którym obok siebie modli się o pokój wielu ludzi różnych religii. To że są obok siebie, nie oznacza, że w kwestiach wiary są razem. To dość istotna różnica.

środa, 26 października 2011
Wracam, jak gdybym nigdy nie wyszedł

Od 20 maja ubiegłego roku milczałem. Szczerze powiedziawszy nie chciało mi się tu zaglądać, pisać, czytać, wdawać się w dyskusje. Straciłem ochotę na komentowanie tego, co w kościele i Kościele się dzieje. Nie straciłem wiary, nie stałem się apostatom. Wciąż uważam się za katolika. Jednym zdaniem: w sprawach wiary u mnie wciąż  bez zmian. Przestałem piać, bo nie widziałem w tym sensu.

Na swój blog trafiłem przypadkowo. Szukałem w sieci informacji o ceremoniarzu Jana Pawła II, arcybiskupie Piero Marinim i google mnie tu przyprowadziło . Po 16 miesiącach musiałem przypomnieć sobie hasło (do twittera nadal nie pamiętam, boję się także skorzystać z opcji odzyskania kodu). Potem przeczytałem kilka notek wstecz, przejrzałem zakładki. Dobrze, że w Internecie nie ma kurzu. Musiałbym tu pewnie długo ściągać pajęczyny, a tak będę musiał zabrać się za zdejmowanie starych linków. Na przykład w zakładce ważne, wielkimi literami, informacja o tym, że Kazimierz Nycz został metropolitą warszawskim, a Leszek Głódź będzie miał bliżej na plażę.

Słowem nie wspominam o tym, że Jan Paweł II został błogosławionym, Nycz jest  kardynałem, a Józef Życiński nie żyje. To tylko część zmian, jakie dokonały się w ostatnim czasie i z pewnością zmieniły nasz K/kościół w Polsce. W całej wspólnocie KK też się wiele wydarzyło. Jednak nie tak dużo, by mówić o przeobrażeniach.

Od razu zaznaczam, że nie od razu rzucę się wir dostosowania tego miejsca do obecnej rzeczywistości (muszę nauczyć się nowego edytora, przypomnieć sobie kilka spraw technicznych). Nie będę też wracał do przeszłości. Po prostu wracam jak gdybym nigdy nie zaprzestał. Jak mi to wyjdzie? Pokażą najbliższe dni, a może nawet tygodnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93