| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Add to Technorati Favorites .
czwartek, 20 maja 2010
Grzesznych upominać

Kolejny bój o In Vitro – czyli po raz setny wracam do tematu, który strasznie mnie już męczy. Najgorsze jest to, że w tej sprawie powiedziane zostało już wszystko. Jednak wielu nie może sobie odmówić przyjemności „dowalania” Kościołowi, szczególnie, gdy nadarzy się do tego okazja.

Okazja się nadarzyła. Obradująca na początku tego tygodnia Rada do spraw Rodziny Konferencji Episkopatu Polski w oświadczeniu jasno i wyraźnie napisała:

„Należy pamiętać, że ci którzy je zabijają [poczęte życie] i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy”

Nie sądzę, by Rada długo myślała nad redakcją powyższego fragmentu oświadczenia. Przecież nie od dziś wiadomo, że stanowisko Kościoła Katolickiego w kwestii In Vitro jest jednoznaczne. Katolik chcący żyć zgodnie z nauczaniem swojego kościoła powinien to przyjąć i zaakceptować. W przeciwnym razie naraża się na trwanie w grzechu ciężkim. Wówczas nie można przyjąć Najświętszego Sakramentu.

Wydawałoby się, że sprawa jest oczywista. Jednak nie dla wszystkich. Dla przykładu katolicka publicystka (?) Halina Bortnowska w wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” mówi:

„Zasmuca mnie to oświadczenie. Zamiast dialogu duszpasterskiego, refleksji nad tym, co win vitro jest moralnie złe, a co jest dobre, mamy te kategoryczne słowa. Ponieważ są skierowane także do polityków, mam poczucie, że to jest znów rodzaj lobbingu”

Czy pani Bortnowska spodziewała się innego oświadczenia? Jednym z podstawowych zdań Kościoła jest jasne wskazywanie tego co złe i tego co dobre. Kościół nie może szukać kompromisu między złem i dobrem. Coś takiego nie istnieje. Słowa członków Rady zostały skierowane do polityków i w tej części połowicznie się z Panią zgodzę. Tak, jest to rodzaj lobbingu. Jednak jest to lobbing sumienia. Każdy z nas, nie tylko duchowni, jest zobowiązany do jego stosowania. Odsyłam do miłosiernych uczynków względem duszy, szczególnie do tego, który wymieniony został na pierwszym miejscu: „Grzesznych upominać”.

Cytat pochodzi z artykułu „Biskupi grożą: albo in vitro, albo komunia”. Autorka zbudowała swój test na śmiałych tezach pani Haliny, która w swych komentarzach idzie jeszcze dalej:

„Sądzę, że nie można kogoś odsuwać od sakramentu za poglądy w sprawie, która nie ma charakteru dogmatycznego. Nauczanie rady biskupów o in vitro dogmatem przecież nie jest. Nie chodzi tu o kwestionowanie zasad moralności, lecz ich aplikację do nowego zjawiska. Czy ktoś, kto popiera in vitro, tym samym chce likwidacji życia zarodków? Raczej wręcz przeciwnie: chce, żeby dzieci mogły przyjść na świat. W in vitro nie musi dochodzić do likwidacji zarodków, ludzie je cenią, mają do nich często bardzo emocjonalny stosunek”

To, droga Pani Halino, zakrawa o namawianie do sprzeciwiania się nauce kościoła! Jest to dla mnie zachowanie niegodziwie. Dlatego wzywam Panią do opamiętania! Dla wielu osób jest pani (jak widać – niestety) autorytetem w sprawach wiary. Jednak z tymi poglądami powinna pani solidnie zastanowić się nad tym, czy Pani jeszcze mieści się we wspólnocie Kościoła katolickiego.

Tym cytatem wprowadza pani ludzi w błąd. Sugerowanie, że zakaz przystępowania do Komunii jest „nauczaniem rady biskupów” jest krzywdzące i niesprawiedliwe. To nie nauczanie TEJ polskiej rady biskupów – to nauczanie Kościoła, nauczanie papieża, to wcielanie w życie elementarnych zasad płynących z ewangelii. Myli się pani twierdząc, że nauka „o in vitro dogmatem przecież nie jest”.

Proszę przypomnieć sobie dekalog. Szczególnie fundamentalne, piąte przykazanie. Brzmi ono w wersji katechetycznej: „Nie zabijaj”. Otwieranie w ludzkich sumieniach „furtki” w postaci stwierdzenie, że podczas zabiegu nie musi dochodzić do likwidacji zarodków jest złudne. Spycha sedno sprawy na ścieżki technologii, tego co można by nazwać „laboratoryjną fabryką dzieci”. Zapomina Pani jednak o tym, że każdy z nas ma prawo do naturalnego poczęcia.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że „Gazeta Wyborcza” do sprawy In Vitro podchodzi politycznie. Widać to doskonale w komentarzu Katarzyny Wiśniewskiej, która oświadczenie Rady do spraw Rodziny w sposób obrzydliwy spycha na tory wyżłobione kampanią wyborczą. Wiśniewska pisze tak:

„Rada podchwyciła ton nadany przez "Nasz Dziennik", który takie "świętokradztwo" - przyjmowanie komunii mimo popierania sztucznego zapłodnienia - zarzucił niedawno marszałkowi Sejmu Bronisławowi Komorowskiemu. Zrobiła to w środku kampanii wyborczej. Prawicowi kandydaci na prezydenta i ich zwolennicy na pewno są biskupom wdzięczni.”

Wydaje mi się, że kampania wyborcza (szczególnie sondaże) nie dają pewnym osobom spać. Stąd to paranoiczne doszukiwanie się wrogów WSZĘDZIE – nawet w Episkopacie, który po to zwołuje rady, by dokopać Komorowskiemu i wywindować Kaczyńskiego. Pewnie dlatego w artykule pojawił się ten wtręt, który ze stanowiskiem Kościoła nie ma przecież nic wspólnego:

„Na spotkaniu Rady był -choć do niej nie należy - bp kielecki Kazimierz Ryczan. Niedawno w Radiu Kielce przyznał, że jest zwolennikiem PiS, a w święto 3 Maja z ambony mówił o "polskojęzycznych środkach masowego przekazu", "siłach rozłamu", "prasowych hienach" i "prawdziwej pamięci narodowej", której IPN już nie będzie bronił po nowelizacji ustawy o Instytucie.”

Ten wtręt nic wspólnego z oświadczeniem nie ma, ale do tezy pasuje... No to księdza biskupa redaktor Wiśniewska przyłapała! Pewnie biskup knuł na tej Radzie i solidnie angażował się w kampanię Kaczyńskiego. Pójdźmy dalej! Pewnie zmusił członków Rady, by to oświadczenie wydali! Pani Katarzyno! Niech pani wyjedzie na długi urlop. Najlepiej za granicę. Widać, że emocje związane z kampanią wyborczą Pani nie służą!

Na koniec mam też prośbę do wszystkich, którzy chcą uchodzić za "postępowych katolików", by nie mieszali w głowach pozostałym, uczciwym ludziom, którzy chcą swoje życie przeżyć zgodnie z nauką kościoła. A tym, którzy narażeni są na religijne artykuły "Wyborczej" zalecam wysoką ostrożność.

Linki do omawianych tekstów: Artykuł; Komentarz.

wtorek, 18 maja 2010
Szkoda, że samolot nie spadł 7 kwietnia

Być może obecnie trwająca prezydencka kampania wyborcza sprawi, że biura prasowe działające przy diecezjalnych kuriach wreszcie się obudzą. Dotychczas ich aktywność ograniczała się jedynie do wydawania oficjalnych komunikatów oraz aroganckiego powtarzania „bez komentarza” (zasłaniając ręką obiektyw kamery), lub „ksiądz biskup obecnie nie przebywa na terenie kurii” (zdanie wypowiadane przez domofon do dziennikarza trzymającego mikrofon przy głośniku). Wczoraj wiele się zmieniło. Oby na dłużej. Najlepiej, żeby stało się to powszechnie stosowaną praktyką.

Naprawdę rzadko zdarza się, żeby hierarchia w terenie – częściej to robi episkopat – dementowała cokolwiek. Do tej pory prawdy, półprawdy i kłamstwa były ostentacyjne przemilczane. To w epoce wszechobecnych, nowoczesnych mediów zawsze kościołowi wychodziło na złe.

Sprostowanie słów Andrzeja Wajdy, który w usta przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski włożył zdanie, którego abp Józef Michalik nigdy nie wypowiedział powinno być normalną praktyką.

Poniedziałek 17 maja 2010

Komunikat Kurii Metropolitalnej w Przemyślu

Kuria Metropolitalna w Przemyślu wyraża protest wobec niezgodnej z prawdą insynuacji wypowiedzianej w dniu 16 maja 2010 r. przez Członka Komitetu Honorowego Kandydata PO na Prezydenta RP, a wyemitowanej przez stacje telewizyjne i powielonej przez portale internetowe, jakoby Biskup przemyski miał powiedzieć, iż żałuje, „no jeżeli Pan Bóg musiał już ten samolot koniecznie zrzucić to nie mógł siódmego". Takie słowa nie zostały wypowiedziane przez żadnego Biskupa przemyskiego i jako nieprawdziwe naruszają ich dobre imię. Tego rodzaju nieodpowiedzialna i nieprawdziwa wypowiedź Członka Komitetu Honorowego jest niegodna ludzi kultury politycznej i demaskuje intencje autorów obliczone na podważanie dobrego imienia Kościoła. Równocześnie oczekujemy na sprostowanie danej wypowiedzi, która fałszywie przedstawia nauczanie przemyskich Księży Biskupów, a którzy jak słyszeliśmy to wielokrotnie, z wielką troską i bólem wypowiadali się na temat tragedii pod Smoleńskiem z dnia 10 kwietnia 2010 roku.

Andrzej Wajda, sugerując, że biskup przemyski powiedział w homilii, iż żałuje „że w Katyniu nie spadł samolot rządowy, ale 7 kwietnia” strzelił „gafę” sobie i Bronisławowi Komorowskiemu, który z uśmiechem wysłuchiwał przemówień członków swojego honorowego komitetu wyborczego.

Przykro patrzeć, jak ludzie mniej lub bardziej zasłużeni dla naszej ojczyzny ośmieszają się i sami się deprecjonują (np. W. Bartoszewski).

Panie Andrzeju! Stawianie tak poważnych zarzutów jednemu z najważniejszych polskich hierarchów wymaga wcześniejszego przygotowania. Szczególnie wtedy, gdy zarzut stawia osoba uważana (także przez samego siebie) za moralny autorytet, intelektualistę.

Wracając do sprawy oświadczenia przemyskiej archidiecezji mam nadzieję, że to nie jednorazowe wydarzenie, a stała praktyka. Tylko takie, stanowcze działania mogą przypominać o dobrej twarzy polskiej hierarchii, której często dostaje się za niezasłużone winy.

Z niecierpliwością oczekuję na sprostowanie pana Andrzeja Wajdy. Sądzę, że podobne sprostowanie powinien przygotować sztab wyborczy marszałka Komorowskiego.

poniedziałek, 17 maja 2010
Zboczony jak ksiądz

Maturalny szczyt mamy już za sobą. Kończą się ostatnie egzaminy. Teraz przed abiturientami najważniejsze życiowe decyzje. Niektórzy naukę będą kontynuować w seminariach duchownych. Przykro patrzeć, jak niektórzy próbują młodym chłopakom obrzydzić ewentualną naukę i formacje w tych placówkach.

Niedawno ukazał się w „Polityce” artykuł „Gdy zdradza ksiądz”. Przesłanie tekstu jest takie: w seminariach roi się od zboczeńców, kobieciarzy, gejów, kryptohomoseksualistów i pedofilów. Przyszli księża często łamią reguły celibatu, po święceniach wchodzą w bardziej lub mniej ukrywane związki z osobami różnych płci.

Nie dziwię się, że po takich „laurkach” liczba powołań spada. Młody człowiek rozstrzygając we własnym sumieniu decyzję o dalszej drodze życia nie ma łatwo. Skoro chce zostać duchownym, to pewnie „coś jest z nim nie tak”.

Tekst „Polityki” jest dla kościoła bardzo szkodliwy. Po pierwsze może wpłynąć na obniżenie liczby powołań. Po drugie kreuje nieprawdziwy wizerunek kościoła, a po trzecie może zachęcić homoseksualistów do poszerzania grona kleryków. Z artykuły wyłania się raj dla mniejszości seksualnych, gdzie w przytulnych i komfortowych warunkach można dać upust swym nieuporządkowanym zachowaniom.

Tekst oparty jest na badaniach amerykańskich i polskich. Te pierwsze są niemiarodajne dla naszego kościoła. W Stanach popełniano wiele błędów podczas formacji przyszłych kapłanów. W skrajnych przypadkach bywało i tak, że klerycy traktowani byli jak zwykli studenci. Spotykali się na zajęciach, po nich wracali na przykład do akademików. Trudno było wśród nich wyłowić jednostki niezdolne do kapłaństwa. Innych, podobnych nadużyć było więcej.

Jeśli chodzi o badania polskie, to przeprowadził je Józef Baniak, który takich „dociekań” (niekiedy w artykule nazywanych „szacunkami”!) przeprowadził kilka. Kościół (co uważam za wielki błąd) nigdy ich oficjalnie nie komentował. Trudno nie przyglądając się im z bliska ocenić ich wiarygodność. Jednak zakładając ich reprezentatywność – od czego byłby w innych warunkach daleki – wyłania się z nich w artykule negatywny obraz kościoła.

Ja te dane przeinterpretuje pozytywnie. 70 - 80 procent polskiego kleru jest orientacji heteroseksualnej. Odsetek księży (hetero i homo), którzy przestrzegają celibatu wynosi 80 procent. Wynika z tego, że wśród trzydziestu tysięcy polskich kapłanów „niewiernych” jest około sześciu tysięcy. To pewnie i tak dużo. Ale przecież obracamy się wśród szacunków i niepewnych badań. Analizujemy artykuł, którego tezy opierają się na niemiarodajnych dla nas badaniach amerykańskich i polskich „szacunkach” prof. Baniaka.

Na dodatek mało przekonują mnie takie niejasne stwierdzenia jak to:

„Księża geje przyrzekają celibat tak samo jak heterycy i podobnie jak oni niekiedy go łamią. Tu zaczynają się jednak różnice: ponieważ seks między mężczyznami jest w Kościele tak silnie piętnowany, księża uprawiają go w głębokiej konspiracji, często we własnym gronie. W rezultacie, jeśli cokolwiek wychodzi na jaw, to przypadki skandalizujące”

Jak więc mamy to rozumieć? Trzeba doszacować grono księży homoseksualistów łamiących celibat, bo lepiej się maskują? Mnie to nie przekonuje.

Dla polskiej części Kościoła katolickiego ten artykuł jest po prostu niesprawiedliwy. Bo czy opisywanie zboczeń amerykańskich, austriackich czy też włoskich duchownych połączone z polskimi szacunkami i sondażami profesora Baniaka, bez podawania polskich (z wyjątkiem abp Peatza) przykładów, a z przytaczaniem najczęściej amerykańskich przejawów „nieskromnego zachowania” jest rzetelnie przygotowaną publikacją prasową?

Każdy odpowiedzieć na to pytanie powinien sam. Najlepiej wcześnie czytając omawiany artykuł, który znajduje się Tutaj.

poniedziałek, 10 maja 2010
Kardynalski konflikt

Skandal pedofilski w Kościele Katolickim wywołał ostry spór w kolegium kardynalskim. Sprawa jest bardzo poważna. Świadczy o tym otwarty, medialny konflikt między dwoma kardynałami: Schönbornem i Sodano.

Ten pierwszy, publicznie oskarżył obecnego dziekana kolegium kardynalskiego o tuszowanie skandali seksualnych. Według kardynała Schönborna, Angelo Sodano, ówczesny sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej (za pontyfikatu Jana Pawła II) miał sprzeciwiać się kościelnym procedurom, które miały zbadać zarzuty wobec metropolity Wiednia, kardynała Hansa Hermanna Groëra, oskarżanego o seksualne przestępstwa.

Przypomnijmy, że Jan Paweł II po przyjęciu rezygnacji (spowodowanej skandalem) kard. Groëra w 1995 roku, jego następcą mianował biskupa, a od 1998 roku kardynała Christopha Schönborna. Ten wówczas młody, pięćdziesięcioletni dominikanin miał za zadanie oczyścić dobre imię austriackiego kościoła. Z powierzonego zadania wywiązał się świetnie, bezkompromisowo zmierzając w stronę prawdy. Dziś widzimy, że prawdopodobnie na przeszkodzie stawał mu kardynał Sodano.

Nad byłym „premierem” Watykanu, a obecnym dziekanem kolegium „purpuratów” od dłuższego czasu zbierają się czarne chmury. Niedawno na jaw wyszły inne skandale, które miał wyhamowywać kard. Sodano. Jedną z głośniejszych spraw była afera z założycielem Legionistów Chrystusa - ojcem nieślubnych dzieci, posiadaczem wielu kochanek i pedofilem w jednej osobie. Według medialnych doniesień parasol ochronny nad księdzem Maciela trzymał Sodano. (Szerzej sprawę opisała Ewa Czaczkowska w ostatnim, weekendowym „Plus Minus” w „Rzeczpospolitej”. Polecam przeczytać ten artykuł. Niestety w internecie dostępny jest w wersji płatnej.)

Wracając do sedna sprawy trzeba podkreślić, że tak otwarty konflikt między kardynałami jest ewenementem i świadczy o tym, że dotychczasowa „solidarność” hierarchów zaczęła pękać. To z kolei może świadczyć o skali problemu, jakim były seksualne nadużycia.

Nikt chyba nie ma dziś wątpliwości, że dni kardynała Sodano są już policzone. Pewnie już niedługo poznamy nowego dziekana kolegium kardynalskiego. Natomiast nie wiadomo co czeka kard. Schönborna.

Jego publiczna krytyka innego hierarchy może niesyty zostać źle odebrana. Wiadomo jak traktowane są osoby, który odważą się zerwać z praktyką środowiskowej solidarności. Obawiam się, że w „krótkim okresie” Schönborn może zostać potraktowany jak ktoś, kto w salonie popsuł powietrze. Jednak perspektywa „okresu długiego” i coraz szybciej już nakręcająca się afera może przyczynić się do ogromnego awansu austriackiego hierarchy.

Jeśli skandal pedofilski nadal będzie głównym tematem pracy Stolicy Apostolskiej, to na dziś dzień nie widać kogoś innego, kto w obliczu wielu oskarżeń (również tych niesprawiedliwych) mógłby pokierować Kościołem Katolickim na świecie.

sobota, 08 maja 2010
Józef Kowlaczyk Prymas Polski

Sprawdziły się wcześniejsze przewidywania. Prymasem został dotychczasowy Nuncjusz Apostolski w Polsce, arcybiskup Józef Kowalczyk.

Jego sylwetki nie trzeba w Polsce nikomu przedstawiać. Urząd ambasadora Stolicy Apostolskiej wypełniał od dwudziestu jeden lat. Przez ten czas zdarzyło mu się kilka „wpadek” (abp Wielgus, abp Peatz), jednak trudno przez dwie dekady nie popełnić żadnego błędu. Choć poza wspomnianymi „winami” niektórzy zarzucali hierarsze kierowanie się nie tylko merytorycznymi przesłankami przy wskazywaniu tak zwanego „terno” w procedurze powoływania nowych biskupów. Niewątpliwie pewien cień na osobę nuncjusza rzuciły informację o jego ewentualnej współpracy z służbami „tamtej polski”. Rejestracja Józefa Kowlaczyka jako „kontaktu informacyjnego” została wytłumaczona służbowymi obowiązkami. Kościelna komisja wyjaśniająca te wątki biograficzne zdecydowanie oczyściła hierarchę z tych zarzutów.

Tak to zawsze jest, że oceniając czyjąś sylwetkę skupiamy się na rzeczach raczej negatywnych. Warto jednak wskazać na parę pozytywów. Niewątpliwie po stronie plusów należy zapisać wielokrotnie organizowane papieskie pielgrzymki do polski. Także przygotowanie i doprowadzenie do ratyfikacji konkordatu. Arcybiskup zawsze żywo uczestniczył w religijnym życiu, przewodniczył ważnym uroczystością religijnym, wychodząc po za swoje obowiązki. Często zabierał głos w ważnych dla kraju sprawach. Raczej milczał, gdy poruszano kwestie bioetyczne i obyczajowe. Dla jednych na plus, dla drugich na minus, należy zaliczyć mu dystansowanie się (nawet krytykę) środowiska „Radia Maryja”. Jeśli chodzi o politykę, z racji pełnienia swoje funkcji (występował w roli obywatela Watykanu) oficjalnie nie opowiadał się po żadnej ze stron. Doskonale potrafił współpracować z każdą opcją polityczną.

Abp Kowalczyk ma 72 lata. Oznacza to, że swój nowy urząd będzie wypełniać jeszcze na pewno przez trzy lata. Jednak już dziś można zaryzykować tezę, że okres jego urzędowania zostanie, tradycyjnie już, wydłużony o kolejne dwa lata. Będzie zapewne Prymasem aktywnym, podobnie jak Glemp czy Wyszyński. Jego poprzednik, abp Muszyński raczej był prymasem wycofanym, ograniczającym się do niezbędnego minimum.

Zapewne już niedługo Benedykt XVI na głowę abp Kowalczyka nałoży kardynalski biret. Można się tego spodziewać jeszcze w tym roku. Gdyż słyszy się, że papież na jesieni 2010 roku planuje konsystorz, na którym znacząco uzupełni opustoszałe (z racji wieku i śmierci) kolegium kardynalskie i elektorskie.

Nominacje dla Kowalczyka należy chyba przede wszystkim traktować w kategoriach nagrody za wieloletnią dyplomatyczną posługę, ale również jako zerwanie z pewną niezdrową sytuacją, w której nuncjuszem jest obywatel tego samego państwa.

W roli Prymasa arcybiskup Józef Kowalczyk na pewno się sprawdzi. W końcu wywodzi się ze "szkoły" Wojtyły.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93